10 kwietnia 2017

Agnieszka Bednarska „Mijają świty, dnie, wieczory. Wokół trzęsawiska banałów. […] Życie zwolnione, życie odcedzone”

III miejsce w kategorii szkół ponadgimnazjalnych

– Co byś zrobił, gdybyś tkwił w jednym miejscu i każdy dzień wyglądałby tak samo?

– Oto całe moje życie…”.

Dialog ten pochodzi z jednego z najciekawszych amerykańskich filmów, jakie znam, to znaczy z „Dnia Świstaka”. Najpierw pada właściwie filozoficzne pytanie Phila Connorsa, granego przez czołowego komika hollywoodzkiego – Billa Murraya, później pojawia się mało optymistyczna odpowiedź przypadkowo spotkanego w pubie mężczyzny. Potraktować by ją można jako swoisty żart z kategorii „czarnego humoru”. Tak też się stało, gdy oglądałam ów film po raz pierwszy. Jednak wracając do niego jakiś czas temu, zaczął on budzić we mnie niepokój. Mając przed oczyma scenę z pubu w miasteczku Punxsutawney, pomyślałam, że nic śmiesznego nie ma w tym, iż każdego dnia jest drugi grudnia (zresztą, nic by nie dała zamiana na 13 marca lub 9 sierpnia). I w dodatku kładzie się człowiek ze świadomością, że jutro, pojutrze, i popojutrze nic się nie zmieni…

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sytuacja jest tak abstrakcyjna, że aż niemożliwa. Faktycznie – jest niemożliwa. Ale czy naprawdę moje życie nie wygląda jak streszczenie filmu Harolda Ramisa? Nie, oczywiście, że nie, bo przecież codziennie spotyka mnie coś nowego, tyle rzeczy robię i na nic nie mam czasu, bo biegnie on szybko, jak w wierszu Mikołaja Sępa Szarzyńskiego:

„Echej, jak gwałtem obrotne obłoki

I Tytan prętki lotne czasy pędzą”.

Tyle że z tego pędu niewiele wynika. Choć więc moje życie nie jest jak scenariusz filmu rodzimej produkcji (pamiętajcie fragment z „Rejsu”, w którym padają słowa: „Nuda, panie, nic się nie dzieje. Polski film”?), nawet mogłabym w nim znaleźć elementy typowe dla obrazów w stylu: „zabili go uciekł” z Schwarzeneggerem lub Seagalem w roli głównej, to mimo wszystko ciśnie się na usta pytanie: i co z tego? Co z tego, że niemal każdy ranek zaczynam myślą, czy na wszystko wystarczy mi czasu, albo proszę, tak jak wspomniany wcześniej Murray, o jutro. I faktycznie jutro w końcu przychodzi, ale dopiero wówczas, kiedy dzisiaj dobiegnie końca. A pod wieczór pytam już się o cele na następną dobę, z przekonaniem, że nie wolno mi niczego odpuścić. Nie mogę tego zrobić, przecież za dużo byłoby do stracenia, a zależy mi, żeby osiągnąć to, co zamierzałam. Bo to COŚ BARDZO WAŻNEGO.

Jednak czy aby na pewno? A co, gdyby ktoś teraz powiedział mi (i wielu z tych, co biegną wraz ze mną, z pośpiechem i strachem w oczach, iż nie zdążą), że niekoniecznie? Może obiekt naszych westchnień – złoty cielec, to zwykły plastik? Podejrzewam, że to miała na myśli moja babcia, która nieraz powtarzała banalną (?) prawdę: „Pomyśl, zanim coś zrobisz”. Przecież nierzadko okazywało się, że to „zrobisz” było bez sensu. Tylko jak tu myśleć w XXI wieku, skoro trzeba działać, łapać okazję, bo ona na nikogo nie czeka?! Wiem, że babcia mówiła mądrze, ale z jej prostymi zdaniami konkurują i zazwyczaj wygrywają tysiące innych haseł. Wystarczy, że kilka(set) razy powtórzą jacyś mityczni oni (zazwyczaj w reklamach telewizyjnych): „Musisz to mieć!” i… już idę do sklepu kupić coś, święcie przekonana, że właśnie tego mi trzeba, choć jeszcze przed chwilą byłam innego zdania. Nie chciałabym jednak narzekać na psychologiczne chwyty – w końcu ich zadaniem jest upewnić mnie, że bez tego czegoś istnienie na Ziemi traci jakąkolwiek wartość. Życie polega również na posiadaniu.

Nie mogę jednak nie zastanowić się nad jakością tych zdobywanych przeze mnie przedmiotów, przeżywanych doznań, realizowanych celów. Mając w pamięci wiele gwiazd filmowych, jeszcze kilka lat temu spotykanych na okładkach tak wielu czasopism, uświadamiam sobie, że większość już zgasła. Stało się tak między innymi dlatego, że nie miała nic ciekawego do powiedzenia – robiła tylko głupie miny albo ślicznie się uśmiechała. Znaczna część filmów, w których „grali” ci „wielcy kina” nie miała żadnej wartości. Ta bowiem pojawia się wtedy, gdy ma się coś ważnego (co nie oznacza – skomplikowanego) do przekazania, a nie tylko komunały.

Ktoś zarzuci mi, że żądam, aby życie składało się z samych podniosłych uczynków i słów. Tak nie jest, zresztą wiem, że Mikołaj Gogol słusznie w jednym z listów napisał: „Z każdej myśli, gdy się ją powtarza nieustannie, może powstać banał”. Wszystko podlega banalizacji. Wystarczy to powtórzyć „n razy” i już. Słowa: „Kocham Cię” w pewnym momencie stają się sloganem. Jednak ja będę ich bronić, bo za nimi kryje się jakiś sens. Coraz częściej przyłapuję się natomiast na myśli, że to, co przedstawia się jako wielką wartość, tak naprawdę okazuje się wydmuszką. Co jeszcze mogłoby okazać się ideą, która da powód do prawdziwego działania? Bóg? No cóż, dla wielu ludzi nie jest to nawet kwestia warta otwierania ust. Filozofia? Tak, ale kto zaprząta sobie głowę dyrdymałami jakichś Sokratesów, skoro przecież żyć trzeba, a nie bujać w obłokach. Sztuka? Pewnie, pewnie, tyle że po godzinie 20 obejrzeć możesz sobie tysiąc któryś odcinek serialu, w którym odbija się tylko „nasza mała rzeczywistość”, zaś coś niebanalnego pokazywane jest o równie niebanalnej godzinie (na przykład po północy). Oczywiście, wiem, że powtarzam teraz pytania Kazimierza Przerwy Tetmajera i mnożę wątpliwości Witkacego – zatem powtarzam się. Mam jednak nieodparte wrażenie, że ci dwaj pytali na serio i chcieli świata, w którym paplanie, czy niemal dziecięce gaworzenie nie stanie się powodem, dla którego nas zaproszą do telewizji (za ich czasów nieistniejącej). A teraz? Wystarczy zrobić operację nosa, by nie schodzić z okładek czasopism. Kilka razy rzucić ze sceny: „Jesteście zaj…”, by móc później udzielać wywiadów na temat swego nonkonformizmu. Tyle że to jakieś miałkie, a jutro „przebije” nas ktoś, kto zrobi operację wszystkiego, a ciąg wulgaryzmów (i to nie w stylu autora „Szewców”, a raczej zwykłego szewca) rozbuduje o kilka innych słów.

Czy można jakoś sprawić, by zdanie: „Mijają świty, dnie, wieczory. Wokół trzęsawiska banałów.[…] Życie zwolnione, życie odcedzone”, przestało być prawdziwe? Nie wiem, ale przede wszystkim trzeba sobie chyba zdać sprawę z tego, że większość spraw, za którymi się uganiamy, nie ma wielkiego znaczenia. Dziadek stojący pod „Żabką” z puszką piwa w ręku może uświadomić nam, jak śmieszni jesteśmy na wrocławskiej ulicy ubrani w buty dla alpinistów i z zegarkiem na ręku, w którym możemy nurkować na głębokość 100 metrów. A te buty i cenny czasomierz były przez jakiś czas naszymi wielkimi CELAMI. Mając większą świadomość, zwiększamy swoją szansę na uniknięcie sytuacji, w jakiej znalazła się bohaterka obrazu modnego dziś malarza Edwarda Hoppera. Na płótnie zatytułowanym „Automat” widzimy elegancko ubraną kobietę siedzącą przy kawiarnianym stoliku. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż wokół niej jest całkiem pusto – nie ma ludzi, filiżanek z kawą, talerzyków z tortami, nawet rozsypanego przypadkowo cukru. Tylko całkowita pustka obnażająca banalność istnienia owej damy. A ona siedzi i nie robi nic, tak jakby prowadziła „życie zwolnione, życie odcedzone”. Po co więc żyje?