10 kwietnia 2017

Magdalena Szlagor ,,Maturzyści i ogórki kiszone”

Wyróżnienie w kategorii szkół ponadgimnazjalnych

Tolerować, tolerować, tolerować… Ale czy wszystko?

Jednak, Moi Drodzy, nie wsiadajcie do tramwaju z otwartym słoikiem, bo te ogórki kiszone naprawdę śmierdzą! Nawet bardziej niż niedomyte ciała naszych rodaków – gdyby robić ranking tolerancji, to według mnie ogórki „wygrywają”. Jednak „na mój nos” – nie mają szans w konkurencji z zapachem (?!) płynu do mycia podłogi, który dziwnym przypadkiem przeszkadza szczególnie mocno, gdy w sobotnie poranki trafia w ręce piszącej te słowa. Zresztą, same sobotnie poranki też nie należą do moich ulubionych chwil w życiu. Niby to już weekend, czas odpoczynku od nauki (hola, hola! – nie dla was, a raczej nie dla nas – maturzyści), ale człowiek i tak się nie wyśpi. W kuchni od samego rana słychać bojowe okrzyki: „Wynieś te śmieci!”, „Nie widzisz, że woda kipi?!”, „Zdejmij bratu miskę z głowy!”. Tę arkadyjską atmosferę dodatkowo wypełniają nie śpiewy pasterek i delikatne porykiwania ślicznych krówek, lecz brzęk stukających garnków oraz odgłosy remontu za ścianą. W końcu, po wykonaniu tych jakże szlachetnych i zajmujących czynności, które zalecały przywołane przed chwilą cytaty, można znaleźć czas na odrobinę relaksu i pogapić się w telewizor. A tam takie intelektualnie rozbuchane działania, jak: poszukiwanie przez rolnika żony, kolejna dyskusja „gadających głów” o ogólnej teorii bytu, niebytu i odbytu, wyrafinowana gra aktorów z „W 11” (Oskar czeka!), gwiazdy tańczące na lodzie, wodzie, tartanie, główce od szpilki oraz na innych podłożach. To już lepiej zabrać się za przypominanie sobie, co to jest morena czołowa, czym charakteryzuje się stułbia płowa i gdzie leży Laos.

Następnego dnia przeciętnemu licealiście przypomina się nagle, że nie napisał analizy wiersza (Hurra! ale w stylu pieśni religijnych śpiewanych o poranku w kościołach, gdy słowa: „Radujmy się” brzmią niemal jak: „Ło, Jezu! Niech już będzie ten koniec świata!” i przypominają średniowieczno-kasprowiczowskie zawodzenia w „Dies irae”), nie obliczył zadań z granicami ciągów (których ilość, to jasne, dąży do nieskończoności), nie powtórzył ostatniej lekcji fizyki, biologii i historii itd. (a tego „dalej” jest naprawdę duuużo). Wtedy w głowie biednego ucznia rozpoczyna się walka. Lenistwo i przyjemności kontra „być albo nie być“ studentem mniej lub bardziej prestiżowej uczelni. Zazwyczaj kończy się kompromisem, czyli: „Wyjdź z psem na spacer!“. Jak dobrze mieć psa…

Poniedziałkowy poranek rozpoczyna się jeszcze bardziej dramatycznie. Wtedy licealista naprawdę zaczyna zdawać sobie sprawę, jaka przyszłość go czeka, a przynajmniej, co wydarzy się w ciągu najbliższych godzin, kiedy to będzie musiał poinformować nauczycieli o efektach swojej weekendowej pracy. Jeśli uda mu się przetrwać kolejną falę wiadomości o mechanizmie powstawania prądu indukcyjnego, anaforach i epiforach, grupach prostetycznych czy 1,2,4,4-tetrametylobutanie (tutaj uwaga do maturzystów: jeśli nie macie pojęcia, o czym właśnie napisałam, wiedzcie, że czas najwyższy sięgnąć po książki), wraca do domu zmarnowany, ale z uśmiechem na twarzy, niczym super-bohater po dobrze wykonanej misji, i odpoczywa przed następnym dniem wielkich emocji i niesamowitych zmagań. Podobnie wyglądają kolejne i kolejne dni, aż nadchodzi czas sami-wiecie-czego, kiedy to uczeń, a właściwie już absolwent, w desperacji sięga po notatki. Spogląda na nie i widzi wzory, wzory… i jeszcze więcej wzorów. Zdezorientowany ich ilością, porzuca je. Już nic nie może go uratować. Nic?

A po niemal dwóch miesiącach przychodzą wyniki. (Na marginesie: myślę, że trzeba by napisać psychoanalityczną pracę o snach absolwentów, którzy już są po, ale jeszcze nie wiedzą, co w tym dostrzegą egzaminatorzy). Udało się – a jednak! Znowu: hurra! Tym razem, bez wcześniej wspomnianego „entuzjazmu”. Tylko teraz nasuwa się pytanie: geodezja, socjologia, czy może zarządzanie?

Drogi Czytelniku, nieważne, jakiej decyzji dokona maturzysta, ty i tak postaraj się ją tolerować. I nie narzekaj: „A po co nam kolejni pedagodzy, poloniści, prawnicy, socjologowie, muzycy…?”. Wiem, kraj potrzebuje inżynierów, to oczywiste, ale czy w imię racji państwowej mam pokochać wyższą matematykę? Pozwól mi mieć swoje fochy – w końcu stan przed-wiesz-którym- egzaminem nie należy do szczególnie przyjemnych. Zobacz, ja nie narzekam za bardzo. I nawet nie marudzę, że Ministerstwo Edukacji Narodowej ciągle proponuje mi jakąś reformę, która zmienia reguły gry dla „zawodników” z liceum.

No, może jednak nie będę w stanie tolerować Twoich ogórków kiszonych! Nigdy nie zabieraj ich ze sobą do tramwaju. Wybacz, ale moim zdaniem, to już chyba zbytnia przesada!