1 maja 2017

Papier jest cierpliwy, ale cierpliwszy jest…

Od kiedy tylko pamiętam, w moim domu zawsze kupowało się gazety i/lub (mrugam okiem do nieco starszych czytelników – pamiętacie to jeszcze?) czasopisma. Większość scen z wczesnego dzieciństwa widzę teraz jak przez mgłę, ale wiem, że zawsze wieczorami siostra czytała książki, a mama siedziała przy kuchennym stole ze stosem gazet z całego tygodnia. Pamiętam też, ile przez tę górę makulatury było zamieszania przy przeprowadzce! Wtedy obiecywaliśmy sobie, że już nic drukowanego nie kupimy, ale szybko złamaliśmy się… Nadchodziły kolejne poniedziałki, a w ten dzień wychodziły czasopisma, które kupujemy regularnie od ponad dekady. Czasem nawet zapominaliśmy zajrzeć do środka, ale zawsze ktoś musiał podejść do kiosku i kupić następny numer. To prawda, że przyzwyczajenie staje się naturą…

Kiedy zastanawiam się nad tym, co nam zostało po dziesiątkach godzin spędzonych nad artykułami, wywiadami, reportażami, dochodzę do (smutnego chyba) wniosku, że w niedzielę zapomina się o tym, o czym czytano przez poprzednie sześć dni. Jakby w ostatni dzień weekendu czytelnicy wyrzucali z głowy pracę wielu osób: ktoś ten tekst napisał, poprawiał, łamał, edytował; ktoś go musiał zatwierdzić, ktoś inny jeszcze na to wydać zgodę. I po co? Tylko po to, by w kolejnym tygodniu robić dokładnie to samo. Pisać o (niemal) tym samym, zatwierdzać podobne teksty, łamać je, edytować,. I apiat’, i w koło Macieju…

W najlepszym przypadku stary numer gazety trafiał na makulaturę ( a później zrobiło się z niego czapkę, „niebo-piekło”, statek albo użyło jako rozpałki). To i tak dobrze, że poznikały wychodki ze ścinkami gazet. Choć nie – oddając się naturalnym czynnościom fizjologicznym (słynne: „Ja się tu tylko wypróżniam!” Arnolda Boczka z serialu o rodzinie mieszkającej przy ul. Ćwiartki ¾), można było zawsze coś jeszcze poczytać, a jeśli dopadło nas zatwardzenie, to lektura ciągnęła się i ciągnęła…

Tak, czasy łaskawe dla papieru (nietoaletowego) już się kończą, a może: już się skończyły! W dobie internetu publikowanie swoich prac i przemyśleń na papierze to iście syzyfowa praca. Jest wiele przykładów z życia codziennego, którymi mogę się posłużyć, by pokazać co mam na myśli. Od początku upowszechnienia internetu wiadomo, że nic w nim nie ginie. Cokolwiek by się opublikowało, to zawsze gdzieś będzie trwać: w archiwach strony, może u kogoś na dysku, możliwe, że ktoś zrobił zrzut ekranu naszego tekstu czy zdjęcia, tylko po to by wrzucić to na inną stronę.

Ale czy trwanie oznacza sens?

Kilka lat temu polski internet zalała fala blogów na temat wszystkiego. Blogi z kulinarnymi artykułami: z przepisami, recenzjami. „Modowe” blogi, w których dziewczyny zamieszczają swoje zdjęcia, chwaląc się tipsami czy botkami. Większość (blogów, nie dziewcząt) została porzucona już po kilku miesiącach od założenia. Ale tu internet przychodzi nam z pomocą. Chcemy przeczytać przepis, który ostatnio mignął nam przed oczami w 2006 roku? Nie ma kłopotu.  Przypomniała nam się relacja z koncertu pewnego artysty, który nie występował na żywo od 10 lat? Gdzie problem? Chcemy sprawdzić, co Doda miała (albo nie miała) na sobie w ubiegłym wieku? Wyszukiwarka już czeka na nasz sygnał!

W internecie nic się nigdy nie gubi. Ale czy to dobrze? Z ekranu komputerowego nie zrobisz „nieba-piekła” ani papierowej czapki przydatnej, gdy malujesz swój pokój. I już zawsze tam istniejesz. Tyle czy ta forma horacjańskiego „Non omnis moriar” daje nadzieję na prawdziwą nieśmiertelność? Jeżeli uznamy, że „nie ważne – co, ważne, by o nas mówili”, wówczas internet to błogosławieństwo. Ja jednak przypuszczam, że wątpię. A robię to, mając świadomość, iż ten felieton będzie przesłany Szanownemu Jury drogą internetową. Będę więc na zawsze…